Kosmetycznie

Mój dekalog urody – część druga

W poprzednim wpisie podzieliłam się z Tobą pięcioma zasadami, którymi kieruję się podczas mojej pielęgnacji. Dziś czas na resztę moich dotychczasowych przemyśleń w temacie świadomej pielęgnacji. 

Po szóste: Traktuję siebie jako całość

Już wyjaśniam, co mam na myśli: na dobry wygląd nie składa się jedynie sama pielęgnacja, lecz magiczne trio: pielęgnacja, dieta i ruch. Nie wierzę, że można mieć piękną cerę bez niedoskonałości, a jednocześnie regularnie opychać się w McDonaldzie. Niby taka oczywistość, a jednak miałam okazję usłyszeć kiedyś od znajomej kosmetyczki, że nasz sposób odżywiania nie ma żadnego wpływu na skórę. Sama po sobie wiem, że kiedy zaczynają się problemy z wypadaniem włosów i łamaniem paznokci, w pierwszej kolejności powinnam zadbać o dietę. Podobnie regularna aktywność fizyczna może wiele zmienić – ja sama mam pracę biurową, ale na szczęście, biuro znajduje się w odległości ok. 30 minut piechotą. Kluczem nie jest intensywność, lecz regularność. Wspomagam się codziennie porcją suplementów, ziołowymi herbatkami, a gdziekolwiek się znajduję, pod ręką mam butelkę wody. A jak w piątek zaszaleję z alkoholem i przekąskami (piątek wieczór jest przeważnie dniem rozpusty) to nie mam potem w sobotę rano pretensji, że buzia jest podrażniona i pozbawiona blasku.

Po siódme: Ciągle testuję nowości

To już bardziej fanaberia mojego organizmu, ale rzadko zdarza mi się kupić czy ukręcić dwa razy pod rząd  ten sam kosmetyk. Zwłaszcza jest to widoczne przy włosach – obojętnie, jak bardzo by mnie zachwycił kosmetyk na początku (wow, jakie puszyste! wow, jak uniesione!) to z upływem czasu jedyny efekt to przyklap i wrażenie niedomytych włosów. Oczywiście są moi ulubieńcy, do których wracam, ale zawsze po pewnej przerwie. Nie jest to dla mnie jakiś wielki problem, swoją drogą, bo uwielbiam próbować różne produkty.

 

Po ósme: Gadżety!

Jestem gadżeciarą. Przynajmniej, jeśli chodzi o kosmetyki, bo telefony i laptopy używam, aż się całkiem rozpadną. Jako gadżety rozumiem rzeczy zbędne, ale umilające zabiegi pielęgnacyjne – np. ładny pędzel do nakładania maseczki zamiast takiego od plastyka za parę groszy czy porcelanowy moździerz do rozrabiania glinek (a przecież można w miseczce łyżeczką). Ostatnio dorwałam w TKMaxx turbany do zawijania mokrych włosów we wzorki. Rozumiesz – żyć bez tego można, ale o ile przyjemniej mając te pierdoły? Z tym zresztą łączy się następny punkt, czyli…

mini spa z maseczką z błota
Źródło: pixabay.com

Po dziewiąte: Traktuję zabiegi pielęgnacyjne jako relaks, a nie przykry obowiązek

Wiem, wiem – każdemu się czasami nie chce. Mnie (i to bardzo często) też nie. Do pewnego stopnia możemy się „wytresować” i zmienić nasze myślenie, by traktować zabiegi kosmetyczne jako małą odskocznię, a nie kolejny punkt do odhaczenia. Dlatego ważne jest też, aby nie zmuszać się do tego. Dobrze jest wyznaczyć sobie stały dzień i nie planować na ten wieczór nie wiadomo czego, tylko jeden mały rytuał – maseczka z glinki, dokładny peeling kawowy całego ciała, kąpiel stóp. I nic na siłę – jeśli dzień był taki ciężki, że wieczorem paść ochotę tylko paść na twarz i spać, to przełóż to na następny dzień. Albo na pojutrze. Albo w ogóle na następny tydzień, bo świat się od tego nie zawali. Stwórz z tego swój mały rytuał: Lubisz ładne zapachy? Odpal kominek zapachowy z woskiem. Dobrze kojarzy ci się kolor zielony? Zainwestuj w zielone akcesoria (miseczki, ręczniki itp. przeznaczone tylko na twój wieczór pielęgnacji).

 

warunki higieniczne w laboratorium
Źródło: unsplash.com

Po dziesiąte: Higiena przede wszystkim

Nie chodzi mi tylko o produkcję domowych kosmetyków (gdzie zachowanie higieny to absolutna podstawa), ale także o zwracanie szczególnej uwagi, jak długo używamy danego produktu. Trochę mi się słabo robi, jak słyszę: Super jest tusz do rzęs z tej firmy, już rok używam i jeszcze nie wysechł! Nie ma zmiłuj, tusz używany dłużej niż 3 miesiące trafia do kosza. Dotyczy to wszystkich kosmetyków na bazie wody. Dlatego też nie kupuję drogich mazideł, to i żal mniejszy jak trzeba wyrzucić. Oleje, które mam już dość długo, najpierw wącham 😉 i zużywam do masek do ciała. Najmniej rygorystycznie podchodzę do prasowanych kosmetyków – raz na jakiś czas odkażam wszystkie paletki za pomocą alkoholu izopropylowego, tak jak moje pędzle do makijażu. Metodę tę podpatrzyłam u Arsenic.  W przypadku cieni spryskuję je po prostu alkoholem w butelce z atomizerem i zostawiam rozłożone, aż alkohol odparuje. 

To najważniejsze kryteria, którymi kieruję się przy mojej pielęgnacji. A jak to wygląda u Ciebie?