Kosmetycznie

Moje kosmetyczne credo, część pierwsza

Pierwszą rzeczą, jaką chcę się z tobą to podzielić zasady, którymi kieruję się (świadomie bądź nie) podczas mojej codziennej pielęgnacji. Postarałam się zebrać to w formie kilku krótkich zdań obrazujących moje podejście do kosmetyków.

Po pierwsze: Czytam skład

Nie da się ukryć: bez tego ani rusz. Nie martw się – nie musisz od razu robić magisterki z biochemii, co chwila powstają nowe analizatory kosmetyków, aplikacje i inne ułatwiacze. Planuję w najbliższym czasie porównać kilka analizatorów, więc zostań ze mną, jeśli skład INCI to dla ciebie dosłownie czarna magia.

Po drugie: Jestem skąpiradłem…

Nie zrozumcie mnie źle: Uwielbiam kosmetyki. Mogę godzinami łazić po drogerii, przeglądać sklepy internetowe, czytać recenzje lub oglądać testy na żywo. Ale jest pewien pułap cenowy, którego nie przeskoczę. I to nie dlatego, że mnie nie stać, tylko dlatego, że mój osobisty wąż w kieszeni kąsa z całych sił, a rozsądek podpowiada, że naprawdę tego nie potrzebuję i mogę tę kwotę lepiej spożytkować (np. kupić karton kociego żarcia). Tutaj często pomaga też umiejętność czytania składów. Biorę do ręki jakiś super-duper zachwalany produkt i patrzę na etykietę. W 4 na 5 przypadków reakcje są następujące: meh… nic specjalnego, bądź: meh… zrobię sobie taki sama w domu. Dodatkowo nigdy nie mam pewności, że nie dopadnie mnie uczulenie.

Po trzecie: …ale nie kupuję badziewia.

Tak samo: bez analizy składu ciężko oddzielić wartościowe produkty od tandety. I niestety cena nie jest tutaj wyznacznikiem jakości. Można znaleźć perełki za grosze, ale jednak większe jest prawdopodobieństwo kupienia parafiny z wodą jako „super nawilżającego kremu”. No i może jakiś ładny zapach dorzucą na pociechę.

 

Po czwarte: Nie spinam się.

Jak już pisałam wcześniej: coraz częściej zamiast sama kręcić, po prostu kupuję. Po części spowodowane jest to też tym, że mamy eko-boom i coraz większą ofertę naturalnych kosmetyków, dostępnych za rozsądną kwotę, a nie za miliony monet. Jeśli mogę kupić serum np. z Ava Cosmetics za niewielką kwotę i w ilości, którą mogę zużyć przed końcem upływu ważności, zamiast kupować półprodukty i zużywać je wieki albo wyrzucić, bo się przeterminowały… no po co? Ale mam kilka żelaznych produktów, które robię zawsze, jak np. balsam do ust czy krem do rąk, ale nie da się ukryć, że są to receptury dla leniuszków. Serio, czasami dłużej schodzi mi z wyciąganiem półproduktów z mojego magazynku (czyt. półka w szafie z ubraniami), niż z samym kręceniem.

Po piąte: Regularność

Jak mówi staropolskie przysłowie: bez pracy nie ma kołaczy. I trudno znaleźć trafniejsze słowa. Nawet najlepsza maseczka i krem nie pomogą stosowane raz od święta. Albo jeśli na co dzień zaniedbujesz pielęgnację, to ta maseczka raz w tygodniu też cudów nie zdziała. Tylko systematyczność gwarantuje nam sukces. I dlatego staram się minimum raz w tygodniu znaleźć czas na mini-spa. Nie musi to być coś wielkiego – wystarczy maseczka czy peeling całego ciała, albo pedicure. Przynajmniej cztery razy w tygodniu wykonuję porządny, dwuetapowy demakijaż twarzy. Przeważnie robię go codziennie, no ale zdarzają się sytuacje, że padam na twarz i tylko szybko rach-ciach żelem i gotowe. W makijażu nie chodzę spać NIGDY. Codziennie staram się wypić mieszankę ziół i pamiętać o suplementach. Na te drobiazgi składa się całość, a moja cera wygląda o niebo lepiej, niż gdy miałam 20 lat (khem, khem, dobijam do trójki z przodu).

To na razie tyle z mojej strony, resztę opiszę w następnym wpisie. Są to pewne banały, ale w rozmowach z koleżankami widzę, że dla wielu osób nie wszystko jest takie oczywiste. Jak to wygląda u Ciebie?