Kosmetycznie, Przepisy na kosmetyki

Skąd brać przepisy na domowe kosmetyki? Kilka sprawdzonych receptur

Gdy już wkręcimy się w świat naturalnej pielęgnacji, wiele z nas zaczyna nęcić perspektywa tworzenia własnych kosmetyków. Świeżo ukręcony własnoręcznie kremik – czemu nie! Tak jak wtedy, gdy stawiamy pierwsze kroki w kuchni, dobrze jest zacząć od sprawdzonych przepisów, zamiast rzucać się do razu na głęboką wodę i próbować tworzyć własne receptury. Wbrew pozorom, gotowych przepisów jest masa i na początku może nas przytłoczyć. Nie wszystkie formuły są też udane. Dlatego pomyślałam, że spróbuję zebrać w jednym miejscu moje ulubione receptury. Są to wyłącznie te kosmetyki, które robiłam już wielokrotnie i za każdym razem wychodziły. Niektóre z biegiem czasu nieco zmodyfikowałam 😉

Zaczniemy od produktu, którego nigdy nie może u mnie zabraknąć i zużywam w naprawdę hurtowych ilościach, czyli…

Kremy do rąk

Pierwszy przepis pochodzi ze strony zrobiekrem.pl. Generalnie niemal każda strona oferująca półprodukty kosmetyczne posiada receptariusz i często można znaleźć tam naprawdę fajne receptury. Ten konkretny krem został nazwany Mazidło na suchą popękaną skórę  i dokładnie tym jest – konsystencja jest bardzo gęsta, treściwa, nie jest to bynajmniej nivejkopodobny lekki kremik, który się wchłania w 5 sekund. I dokładnie za to go uwielbiam. Jedyną modyfikacją jest zamiana masła shea na olej kokosowy. Lanolina i mocznik w składzie pomogą nawet najbardziej spierzchniętym słoniom.

Wykonanie go jest naprawdę łatwe, jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby się rozwarstwił. Autorzy zatroszczyli się o tych, którzy nie posiadają wagi i ilości są podane zarówno w gramach, jak i mililitrach. Również składniki są z tych, które raczej mamy zawsze pod ręka, ale jeśli dopiero zaczynamy naszą przygodę z domową produkcją, musimy kupić sporo produktów, stąd oceniam go na trzy leniwce na mojej skali trudności:

 

Kolejny krem również zalicza się do tłuścioszków (tutaj link do bloga autorki). Traktuję go jako „zimowy”, ponieważ zostawia lekki film na rękach i chroni podczas mrozów. Bardzo żałuję, że blog nie jest już aktualizowany, gdyż przepisy na nim publikowane były świetne. Także tutaj musiałam zamienić masło shea, tym razem na masło kakaowe. Krem jest niezastąpiony podczas nawrotów AZS, kiedy skóra na rękach praktycznie pęka i nieustannie swędzi. Wazelina i lanolina tworzą warstwę ochronną, a inne składniki nawilżają przesuszoną skórę dłoni. Ten kosmetyk jest trochę bardziej „wyjściowy”, bo jest bielutki i puszysty (jak sklepowy 😉 ), ale początkujące osoby mogą mieć problem z jego wykonaniem. Poza tym poszczególne ilości składników są podane nie w gramach ani mililitrach, lecz w procentach, co wymaga od nas kilku prostych działań matematycznych (polecam robienie 10 gram kremu i po problemie):

Ostatni z kremów jest dostępny jako gotowy zestaw do kupienia na stronie e-naturalnie. Stosuję go zarówno na stopy, jak i dłonie, gdy mam problem ze zrogowaciałą skórą. Gdy robię go sama, używam tego samego emulgatora co zwykle (czyli bazy emulgującej NF), a alkohol cetylostearylowy zastępuję woskiem pszczelim. W fazie wodnej polecam zamiast czystej wody użycie naparu z lawendy. Krem ma bardzo lejącą konsystencję, najlepiej sprawdzi się tutaj opakowanie z pompką. Wchłania się relatywnie szybko, a efekty są naprawdę spektakularnie. Formuła jest dość skomplikowana, także jeśli dopiero zaczynasz kręcić, nie polecam tego przepisu, raczej jest przeznaczony dla osób nieco zaprawionych w kosmetycznych bojach.

 

Pielęgnacja

Jak już jesteśmy w temacie stóp, świetny sposób na nawilżającą kąpiel do stóp pokazała Czarszka, której blog jest dla mnie kopalnią prostych, ale skutecznych receptur. Chodzi mi o przepis z mocznikiem (jak chyba zdążyliście zauważyć, jest to półprodukt, którego schodzi u mnie naprawdę dużo).  Banalne w wykonaniu, a rezultat jest zauważalny. Ja wykonuję trochę więcej mieszanki sól+mocznik+alantoina na zapas, żeby nie szperać za każdym razem w kosmetycznym magazynku. Latem pozycja obowiązkowa moim zdaniem, każdy może go wykonać.

Kolejnym nieskomplikowanym, ale genialnym w swej prostocie przepisem autorstwa Czarszki są płatki pod oczy. Ja stosuję wersję z naparem ze świetlika – w pracy wpatruję 8 godzin dziennie w komputer i często moje oczy są podrażnione i suche. Jeśli masz podobny problem, gorąco polecam okłady ze świetlika. Dodatkową zaletą tego kosmetyku jest to, że nie wymaga żadnego konserwantu – w końcu przechowujemy go w zamrażarce:

W odległych czasach, gdy w mojej pielęgnacji gościły jeszcze kremy do twarzy, bardzo lubiłam też recepturę kremu pochodzącą ze strony Ecospa na nawilżający krem z zieloną herbatą. Ogólnie sklep posiada bardzo bogatą bazę przepisów, często gdy szukam przepisu na konkretny produkt wchodzę w pierwszej kolejności na ich stronę. Ilości są podane zarówno w procentach, jak w gramach oraz mililitrach – dla każdego coś miłego. Krem jest idealny na dzień, jest leciutki i wchłania się błyskawicznie, a ekstrakt z zielonej herbaty jest chyba moim ukochanym składnikiem w kosmetykach. Na początku można mieć problem z uzyskaniem idealnej konsystencji bez rozwarstwiania (duża zawartość fazy wodnej), ale myślę, że jest to dobra formuła na pierwszy krem, w ramach ćwiczeń:

Następny produkt to był hit, który zrewolucjonizował mój demakijaż. Mowa o balsamie myjącym Czarszki. Na blogu autorki znajdziecie kilka wersji balsamu, nie mówiąc już o gotowych balsamach do kupienia (jeszcze nie testowałam). Mnie najbardziej przypadła do gustu jednak pierwotna wersja, czyli ta najgęstsza. Jeśli jednak wolisz typowy olejek myjący, zawierający emulgator, to bardziej polubisz się z olejkiem Arsenic – przepis jest prosty, ale skuteczny. Ja osobiście nie przepadam za olejami z emulgatorami, bo z samą wodą czuję, że buzia jest niedomyta, a gdy zmywam go żelem, skóra aż piszczy, a tego raczej unikam. Balsam był dla mnie strzałem w dziesiątkę.

Mam nadzieję, że autorka się nie pogniewa, ale tutaj również używam kilku zastępników – masło shea tradycyjnie zastąpiłam olejem kokosowym, a zamiast oliwy biorę przeważnie ten olej płynny, który mam „na zbyciu”. Wykonanie jest szybkie i nieskomplikowane, a niemal wszystkie składniki z łatwością dostaniemy w aptece, bądź sklepie zielarskim:

Na koniec misz-masz kilku ciekawych przepisów

Przepis na ten konkretny balsam do ust towarzyszy mi niemal od samego początku przygody z domowymi kosmetykami. Potem próbowałam kilku innych, ale zawsze ostatecznie wracam do tego, bo jest po prostu najlepszy. Kupne balsamy do ust nie umywają się do niego. Wprawdzie autorka podaje go jako sposób na kolorową pomadkę, ale nic nie stoi na przeszkodzie pominąć zabawę z mieszaniem pigmentów (btw. nie polecam, ciężko domyć potem zlewki) i stworzyć super pielęgnującą bezbarwną pomadkę. Wiele innych balsamów było zbyt twarde, albo przeciwnie zbyt miękkie, z czasem tworzyły się grudki, a ten jest po prostu idealny. Część oleju rycynowego (dokładnie 0,6 g) zastępuję innym olejem – awokado, z nasion marchwi, ostatnio dodałam marcepanowy. Ten przepis wymaga jednak dość precyzyjnego odmierzania składników (waga jest tutaj niezbędna), dlatego oceniam go na dwa leniwce:

Kolejnym absolutnym must-have w moim przepiśniku jest przepis autorstwa Italiany na podkład mineralny. W moim odczuciu bije na głowę zestaw z Kolorówki, który mi w ogóle nie podszedł. Przymierzałam się już do kupna gotowca, gdy trafiłam na ten post i problem się rozwiązał. Podkład jest naprawdę mocno kryjący, umiejętnie nałożony był w stanie zakryć olbrzymi rumień na jednym policzku. Mało tego, działa kojąco (pewnie dzięki tlenkowi cynku i pudrowi jedwabnemu w składzie, ja dorzucam też zawsze 0,2 g alantoiny). Ładnie wtapia się w skórę i trzyma jak przymurowany, nawet na mojej suchej skórze. Mała modyfikacja z mojej strony – krzemionkę zastępuję mikrosferami silikonowymi, bardziej odpowiednimi dla mojego typu skóry. Wymaga posiadania młynka do kawy, przeznaczonego na kosmetyczne zatracenie, oraz zakupów w Kolorówce:

Następny produkt zawsze mam w zanadrzu w szafce, a nawet jeśli się skończy, wykonanie go zajmuje dosłownie 5 minut. Jest to płyn do pielęgnacji okolic intymnych od Mademoiselle Eve. Takie to proste – dwa składniki, chwila zabawy z sodą oczyszczoną i papierkiem lakmusowym, a często ratuje w sytuacji podbramkowej:

Na koniec mam coś, co przyda się na relaks po długim tygodniu pracy – świeca do masażu autorki bloga Mineralny Świat Kasi. Sam blog jest wprost kopalnią ciekawych, inspirujących przepisów, ale lojalnie uprzedzam – wchodząc tam pierwszy raz można utknąć na długi, długi czas. Jako człowiek skąpy zastępuję masło kawowe kakaowym. Ceny gotowych świec do masażu bywają zaporowe, a zrobienie takiego to dosłownie chwila. Dodatkowo mamy pewność, jakie składniki zostały użyte. Najdłużej schodzi mi z rozkruszeniem kupnej świeczki w celu wydobycia knota, cała reszta to stopienie składników i przelanie do dzbanuszka:

 

To by było na tyle. Mam nadzieję, że któryś z wymienionych przepisów wpadnie Ci w oko. Miłego kręcenia!